środa, 15 października 2014

miasto czterdzieści i cztery.



Kotałki, rzadko kiedy chadzam do kina, a powód jest prosty:
nie umiem skupić się na czymś dłużej niż 30 minut.

Nie ma takiej opcji, muszę przynajmniej tryliard razy obejrzeć sobie paznokcie, a najlepiej je pomalować od nowa, bo mam chwilę czasu, muszę obejrzeć coś w internecie, bo mi się przypomniało, tak jak przypomniało mi się, że mogłabym zrobić sobie herbaty, bo za mało pijam. Herbaty. Poza tym kibelek, lodówka i takie takie.

Wybrałam się jednakowóż (oh, jak ja uwielbiam to słowo!) do kina na sławetne już Miasto 44, które pobija rekordy popularności i, oczywiście, wypełniło usta recenzentów bluzgami. Bądź zachwytami, tak jak mnie.

Filmy wojenne to nie jest dla mnie jakaś pierwszyzną, tak samo jak książki
(pisałam o tym tutaj koteczki: Nie obchodźmy powstania)

więc szłam oczywiście, jako wierna antyfanka okresu polskiej kinematografii po Psach Pasikowskiego, nastawiona negatywnie, bo pamiętam jeszcze Jutro idziemy do kina, które było swoistym faux-paux w temacie “nastolatkowie a wojna” i już na zawsze zapamiętam ten film jako słodkie pierdzenie z przystojnymi panami, naiwnymi pannami i delikatnym nalotem bombowców, które przypominają sklejane modele - też tak cicho latają.

Tutaj jest krew, strach, psychodela, masakra, śmierć i ból, a to wszystko przeplatane radością, miłością i pożądaniem, bo oni byli przecież tak bardzo młodzi.
Pierwszy raz nie doszukałam się martyrologii narodu polskiego, spojrzenie płynące z ekranu jest nadzwyczaj świeże.
Powstanie miało być super zabawą, bo wreszcie mieli móc robić wszystko.
Zdobywać kolejne punkty strategiczne, prać wroga w gębę, brać śluby, tańczyć.
Ale nie mieli umierać tak łatwo i szybko.

Wbiło mnie w fotel, tak przepięknie smutno.
Dobrze, że przed seansem kupiłam sobie paczkę fajek, a przecież nie palę w tygodniu.

zdjęcie: via Pinterest

poniedziałek, 13 października 2014

Jakim cudem nie było mnie tu od środy.


Kotałki, stojąc naprzeciwko poniedziałku trzynastego, w świeżo wymytych okularach na nosie, z mgłą za plecami, pozwolę sobie wypłakać się w hojne i chłonne ramię białej (wirtualnej, co prawda, ale białej) kartki papieru.

Z nowości - piję czarną kawę. To nie koniec ciekawych żywieniowych nowości, ale moje jelita i ich ewentualna zawartość nie jest tematem dzisiejszego, melancholijnego, wpisu.

Otóż siedzę sobie, sączę tą czarną cholerę i moje uszy bombardują wypowiedzi o, no o pogodzie, bo o czym można w pracy rozmawiać.

“Bo w październiku to już nie powinno być tak ciepło, ludzie chodzą na krótko ubrani, no to jest jakieś nienormalne”

Nie wiem, czemu tak mnie przybiło do krzesła to zdanie akurat. Jako osoba namiętnie czytująca za gnoja Potop, wiem, że  w lutym bywało ciepło jak w lipcu, a mrozy potrafiły być takie, że Polacy na saniach cisnęli przez morze do Szwecji (błogosławione niech będzie wydawnictwo Greg i ich przecudowne opracowania).
Jako osoba niekontrolująca czasem toku imprezy, wiem też, że wychodzenie nawet na śnieg w krótkim rękawie, nie jest specjalnym problemem, jeżeli odpowiednio rozrzedzono wczesniej krew.

Mam wrażenie, że słowa wycierają się coraz bardziej. Zapychamy nimi dziury czasowe, są jak kit do okien, mówimy bez większego zastanowienia. Wypowiedzi stają się zlepkiem zasłyszanych żartów sytuacyjnych i utartych zwrotów z internetów. Za niedługo przestaniemy używać znaków przestankowych, a napisanie jakiejś formy “cię” z dużej litery będzie równe wyznaniu miłosnemu.

Wyobraźcie sobie, że kiedy Einstein spotkał na ulicy swojego oponenta (nie pamiętam nazwiska) i wdał sie z nim w dyskusję, to zatrzymali ruch.

Wiecie co zatrzymało ruch tramwajowy ostatnio, w bodajże, Portugalii?

Najsłynniejsza szafiarka ze stadem fotografów stanęli na torach.

Nie chcę wieszczyć końca cywilizacji, bo jej koniec nadszedł już dawno, kiedy Giertych zaczął zmieniać kanon lektur obowiązkowych, chociaż nie, kiedy powstała UE.

Słowa to delikatne twory, trzeba nimi rozsądnie dysponować, tak jak pieniędzmi i ostatnią butelką wódki, kiedy są juz zamknięte wszystkie monopolowe.
Czy ludzie się kiedyś nauczą, jak wielką odpowiedzialnością bywa mówienie?
Drugi człowiek w ogóle, czaicie, no nie?

Na koniec taka anegdotka:

Spotykałam się kiedyś, przez króki czas z pewnym chłopięciem. Było przystojne i to w sumie była jego jedyna zaleta. Miało też dziwny zwyczaj używania wielkich słów trochę bez ładu i składu, a mianowicie:

odwozi mnie do domu, znaliśmy się miesiąc.
“Wiesz, chyba Cię kocham”

Serce wali mi jak młot pneumatyczny, zaczynam liczyć grzechy w mojej głowie, co takiego zrobiłam, że zasłużyłam na takie chybione wyznanie?
No bo, kurwa, dałabym sobie rękę uciąć, że słowo “chyba” to tu średnio pasuje, a poza tym, co będzie za 2 tygodnie takim tempem? Ślub?

Tydzień później mi powiedziało, że jednak to nie to.
Kamień z serca.

zdjęcie: via Pinterest

środa, 8 października 2014

Hajs się zgadza.


Ludzie lubią podglądać i komentować. Jak nieraz wspominałam, są to proste namiętności, którym z ochotą oddaję się na codzień i ja, więc nie jest to nic złego.

Tyle tytułem wstępu.

Przejdźmy dalej, kotałki. Każdy z nas przynajmniej raz, albo tysiąc, robił zakupy w Lidlu, bo mają tam pyszne bułki, pesto w dwóch wersjach, które jest lepsze od tego z TESCO, tequilę, która jest lepsza od tej z biedry, no i, oczywiście, zakupowe eventy, typu możliwość dorwania crocksów za dosłownie grosze (co i tak jest zbyt dużą sumą, jak na najbrzydsze buty ever).

Niedawno, zresztą, któryś już raz, można było zaopatrzyć się w torebki Wittchen - firmy produkującej ekskluzywną galanterię, czyli wszelkie dupstwa, kryjące się pod nazwą “akcesoria”.

Sieć okrążyły znowu filmiki pełne ludzi, którzy kupują, kupują, mają naręcza torebek, bo polak głupi nie jest i opchnie potem z zyskiem 5 złotych co najmniej.
I jest to niesmaczne i żałośnie śmieszne, zgadzam się.

Ale co złego jest w ludziach, którzy przyszli kupić jedną torebkę dla siebie, bo akurat im się marzyła dobra torebunia ze skóry?

Jeśli też się zastanawiacie, to pewien szafiarski bloger Wam odpowie: bo to jest obciach, kupować torebki EKSKLUZYWNE, które wieśniacko leżą obok indyków.
Będzie też obciachem nosić taką torebkę, bo przecież każdy się zorientuje, że to z lidla, a nie z salonu.

KURWA, LITOŚCI.

Teraz to mi trochę mdło.
Namnożyło się tych szafiarek, które kupują rzeczy, o których zwykłym polakom (nie polaczkom) się nie śniło, a powód jest prosty: nie mają pieniędzy.
I doprawdy, nie rozumiem, co w tym zabawnego i obciachowego, że ktoś mało zarabia w kraju pełnym skurwysyństwa i wyzysku bliźniego.
Nie rozumiem, czemu mamy się wstydzić, że kupujemy tańsze wersje markowych produktów (notabene, też, wciaż, markowych), bo żyjemy w kraju, gdzie podatki zjadają ogromną część naszych zarobków, i nie są rozsądnie wydawane na NAS i dla NAS, tylko szybują pod stołami, a te polityczne, sprzedajne kurwy ubierają się za pieniądze partii, które są NASZYMI pieniędzmi.
Łączmy się wiec i zawędrujmy na Wiejską i rzućmy im w twarz te lidlowe torebki, te lidlowe crocksy i wszystkie inne podróbki, niech to będzie początek Islandii - tylko wtedy ta krytyka byłaby uzasadniona.


Namnożyło się u nas tych cynicznych idiotów, którzy sprzedają się najlepiej i idą ramię w ramię z dziewczętami, które całymi dniami pozują, gotują i recenzują, a nie wnoszą do sfery kultury, bo tutaj winna się plasować szeroko pojęta sztuka, nic, oprócz kilku przyjemnych wyjatków, bo są takie.

Kreują świat niewidzialny, w którym istotne jest, czy buty pasują do spódnicy, spódnica do majtek, a majtki do kurtki. I hajs się zgadza, ja to rozumiem, ale co z resztą? Z podnietą ducha, do chuja wafla?
Ale myślenie jest niemodne, lepiej kupować.

No dajcie spokój.

Pozdrawiam serdecznie, ja i moja podróbka skórzanej kurtki.

zdjęcie: via Pinterest

wtorek, 7 października 2014

Trochę mi smutno.


Taka sytuacja:

jestem w Katowicach z bratem, wędrujemy w kierunku dworca.
Jest tam parking, taki całkiem niemały, a na parkingu czerwone porsche. Ładniutkie. Pewno drogie. Dookoła porsche ambasadorzy marki adidas i jasnych dżinsów.
Wszyscy, jak jeden mąż mają w rękach telefony komórkowe i cykają sobie fotki, w typowo dresiarskich pozach, jeden nawet opiera nogę o felgę, a rękę o brodę.
Robi to na nie swoim aucie.
Jestem bliska posikania się ze śmiechu, ale trochę się boję.

Przez moment żałuję, że nie zrobiłam fotki im.

Kolejna sytuacja:

wchodzę do baru Złoty Osioł, który serwuje wegetariańską i wegańska paszę. Stoję w kolejce, oglądam, co tam mają, zamawiam, płacę, idę do stolika.
Mijam faceta ubranego w brodę, wyciągnięty sweter, koszulkę w paski i eko torbę na ramię. Taką na chleb.
Z rozrzewnieniem macham do czasów, w których panowie mieli mniej torebek niż ja, nosili skarpety do pełnych butów i niepodwinięte spodnie.
Z nadzieją patrzę w przyszłość, kiedy mężczyźni będą wyglądali jak ci z katalogów Tchibo i będą zabiegać o moją rękę.

I ostatnia:

Przechadzam się po galerii handlowej, mijam Ładną Panią. Jakieś 30 parę lat, przezgrabne nogi, krótki płaszcz, bez spodni.
Miała na sobie rajstopy 40 den (to są te takie bardziej czarne, które się nie rozrywają od razu, ale mimo wszystko- prześwitujące).
Całą drogę do auta mam nadzieję, że po prostu zapomniała ubrać spódnicy.

Jest mi trochę smutno, czy to przez jesień, czy to przez to, że ludzie są pojebani.


zdjęcie: via Pinterest

poniedziałek, 6 października 2014

Mój pierwszy hummus.


Dawno już nie raczyłam siebie i Was jakąś drobnostką z mojego życia, więc: smacznego!

Postanowiłam wziąć kuchnię w swoje ręce i zrobić hummus.
Byłam bardzo ucieszona, bo ten przepis jest naprawdę prosty, wystarczy ciecierzyca, sezam, olej z sezamu, cytryna, czosnek i woda.

Miałam w domku prawie wszystko, oprócz oleju sezamowego, który okazał się być świętym graalem moich szafek. Tesco, leklerk, real, stokrotka, kaufland. No way, Ola, że kupisz wszystko, co Ci potrzebne.
W czasach, kiedy dziewczęta sprzedają wianek na allegro, w sklepie spożywczym nie dostałam oleju.

Czekała mnie dłuższa przeprawa przez sklepy, musiałam też odwiedzić centrum największej rozpusty- IKEĘ. Mekkę dla wielbicieli szklanek, talerzy, zasłon, sztućców, poduszek, mebli i - co dla mnie jest największym hitem, i zawsze żałuję, że nie dostaję już takich prezentów - warzywnych maskotek, są przecudowne.

Okazało się, że informacje o biednych Polakach to bujda. Wszystkich stać na to, żeby robić remonty i kupować wózki pełne dupstw do swoich nowych mieszkań. Stałam w kolejce jakieś 20 minut, żeby w domu przekonać się, że kupiłam za małe prześcieradło.

Nieświadoma pomyłki, pomknęłam z Auteczkiem, przez puste już, nareszcie, ulice miasta (wcześniej ludzie biegali dookoła w maratonie, więc ruch był niemożliwy), do centrum handlowego, w którym jest sklep ze zdrową żywnością.
JEST!
Hurej, konfetti, niezmącone szczęście, pielgrzymkę ukończyłam z wynikiem pozytywnym.
Zapłaciłam, wyszłam, 10 minut szukałam auta, bo zapomniałam, gdzie je zostawiłam.

Jest piękna złota jesień, mknę do domku, jestem podekscytowana, bo chyba nawet mnie uda się zrobić hummus bez jakichś wielkich problemów.
Jadę jeszcze do jednego sklepu, tak dla sportu, sprawdzić, czy mają bakalie na wagę. Nie mają.

Staję pod blokiem, spoglądam na siatki i czuję mgliste uczucie paniki. Macam siatkę i nabiera ono ostrości, bo nie wymacałam tego pierdolonego oleju, po który jechałam milion kilometrów.

Należę do elitarnego Klubu Najlepszych Klientów - płacę i nie zabieram towaru, bo nacieram się hajsem i tym sposobem wspieram polska gospodarkę.

Ładuję dupsko do auta jeszcze raz i jadę.

Cudowna Pani ze sklepu odłożyła olej pod ladę i wręczyła mi go z uśmiechem.


Cóż.
Mój organizm jest zaprojektowany na popełnianie głupich błędów, śmiejcie się, proszę bardzo.

zdjęcie: Pinterest

czwartek, 2 października 2014

odchudzamy się.


Koteczki, w wielkim garncu internetów co dzień wrze co innego. Czasem co nieco wykipi, a że nie jestem jakąś wielką fanką sprzątania, to wybrałam, jak zwykle, ulepienie noteczki, z tego co wykipiało.

Wpiszcie sobie w google takie zestawienie słów jak

Anja obóz

bach, bach.

W ogóle, niestety, nie zobaczymy małej Anji na obozie, tylko dużą Anję w dużym swetrze i wystających kolanach, a w tle dużo innych wystających kolan czarno-białych postaci z obozu koncentracyjnego.

Zdjęcie to sfabrykował jakiś Pan w celach prewencyjnych i porównawczych.
Bo co to się dzieje. Bo przemysł modowy taki straszny. Bo tyle młodych dziewcząt ma szparę między nogami i pewnie szparę między uszami, no bo tylko ludzie bez mózgu tak wyglądają.

Wiecie co, strasznie mi się nie chce gderać o genetycznie chudych i grubych, ani o tym, że o gustach się nie dyskutuje. Ani o tym, że prawdziwe kobiety tak nie wyglądają, bo wyglądają najprzeróżniej, a na dowód - przejdźcie się w nocy po kilku klubach i sprawdźcie dowody rozlicznych pasztetów, tak, to też kobiety.

Anoreksja to nie jest choroba ani zabawna, ani przyjemna, jak lekkie przeziębienie w 3 klasie podstawówki.
Zaczyna się niewinnie i nawet nie musisz oglądać Fashion Week, ani Vogue, żeby zapragnąć trochę zrzucić. Wystarczy mijana dziewczyna na ulicy, której nie znasz (ta genetycznie chuda), albo koleżanka, która była po ciągnącej się tygodniami jelitówce i nagle wszystko z niej spada. I kilogramy, i ubrania.

Jak masz jakieś 12 lat, to się za bardzo nie zastanawiasz, czy modelki tak wyglądają, możecie mi wierzyć. Niekoniecznie chcesz też nią zostać.

Chcesz coś zmienić. Mało kiedy wybierzesz drogę utuczenia się jak świnia, bo to nie wymaga wielu wyrzeczeń.

Ale schudnąć? Why not?
Zobaczysz jak pójdzie. Może cos się zmieni, jak ty się zmienisz, ktoś cię zauważy - rodzina, chłopak z równoległej klasy, albo ktokolwiek.

Mogą Ci pokazywać miliony takich zdjęć codziennie, i tak wiesz, że to nie o Tobie, bo wcale jeszcze tak nie wyglądasz, a poza tym chcesz tylko trochę schudnąć, a nie się wygłodzić i shut the fuck up.

Lecą kilogramy, jesteś na anorektycznym haju, nie wiesz, jak wyglądasz, nie widzisz ile schudłaś (badź schudłeś), z odchudzaniem jest jak z pieniędzmi - zawsze za mało.

To kwestia żelaznej dyscypliny, dążenia do perfekcji i niezadowolenia z siebie. Masz wytrzymać.
Nie: być modelem, modelką, kimś sławnym. Masz zagryźć zęby, nie być mięczakiem i wytrzymać.
To skutek braku uwagi, akceptacji u innych i braku miłości, to bardzo proste.

Więc, do jasnej cholery, zacznijcie rozmawiać z tymi swoimi dziećmi, nauczcie je kochać siebie, bo od siebie się zawsze zaczyna.


zdjęcie: via Pinterest


środa, 1 października 2014

o miłości i współuzależnieniu.



Jak na razie moje love story z autem ma się całkiem nieźle.


Zdarza się, że gra mi na nerwy, kiedy nie prowadzi się tak jak chcę, co obserwuję rano jadąc do pracy, a ono niespodziewanie wskoczy od razu na trójkę, zamiast na jedynkę.
Lubi się droczyć, rozumiem - czasem mam tak samo i bezwstydnie daję mu znać, że będziemy skręcać w lewo, ale w ostatniej chwili, sprawdzając jego czujność, jadę w prawo.


Dbam o jego intymną przestrzeń, parkując w dogodnych miejscach, bo wiem, że nie lubi absorbować cudzego lakieru. Co prawda, zazwyczaj oznacza to jakiś milion hektarów do przejścia, ale przecież lubię chodzić.


Lubi mnie postraszyć, jak ostatnio, kiedy było ślisko i przy naciskaniu hamulca dziwnie pyrkało, a ja zapomniałam o tym, że mam ABS. Wytłumaczył mi to Tata, w trakcie nerwowej rozmowy telefonicznej.


Czasem mnie przerasta.


Jechałam do Bielska, pięknego miasta. Słuchaliśmy we dwójkę mojej ulubionej płyty, która, gdyby była w formie CD, już dawno miałaby dziury, wypalone przez zbyt częste słuchanie.
Zaparkowałam tak, żeby było mu wygodnie, a sama pospacerowałam w stronę rynku.
Nie chcąc długo zostawiać go w obcym miejscu, wróciłam po niecałej godzinie.
Ktoś zrobił nam wstrętnego psikusa w ciągu tej godzinki i zaparkował bardzo blisko nas.


Wsiadłam z duszą na ramieniu, odpaliłam i próbowałam wyjechać.
No way, że tak powiem.
Kołysaliśmy się w przód i w tył, tak, że zaczęliśmy się zakładać, kto szybciej zwymiotuje: ja, czy on.


Puk, puk.
Jakaś Pani w Białym Kitlu puka nam w szybę, myślę sobie, już tradycyjnie, wtf, uchylam i słyszę:


“co Pani robi, Pani jest pijana, czy co?”


Ręce mi opadły na pedały. Wytłumaczyłam Kitlowi, że nie, o dziwo, tym razem nie jestem pijana, tylko nie umiem wyjechać.
Moja prezencja jednak jej nie przekonała chyba, więc zadała mi to samo pytanie jeszcze jakieś milion razy.
Kiedy już zrobiłam się czerwona i poważnie zastanawiałam się nad odegraniem jakiejś sceny z American Psycho na Pani, ona sama, zrezygnowana, (no bo się nie przyznałam w końcu, że walnęłam sobie w bramie na odwagę pół litra) powiedziała:


“Pani wysiada”
No i mi wyjechała. Co prawda nie skumała wrzucania wstecznego, ale wyjechała, obrzuciła mnie wymownym spojrzeniem i wróciła do apteki.
Bo to była aptekarka.


Pogłaskałam Auteczko i pojechaliśmy do domu.

zdjęcie: via Pinterest