czwartek, 30 maja 2013


Kiedy kończy się dzieciństwo dziewczynki? Wtedy, kiedy na pytanie „czego byś chciała?” opowiada: „być ładna”.

W tym miejscu od razu macham w stronę dziewcząt, które nigdy nie zaprzątały sobie swoich myśli tak banalnymi rzeczami jak wygląd, bo są mądre i czytają książki mądre wcześniej niż inni. Dziwnym trafem, takie dziewczęta zawsze mają chude nogi, nawiasem mówiąc...

Ale – nieważne. Moje odpowiedzi takie były. Przeplatane jeszcze z „być szczęśliwa”, ale skoro w tym wypadku jedno było tożsame z drugim, to różnicy nie było żadnej. Chłopcy chcą być lotnikami, piłkarzami, albo mordercami, a dziewczynki chcą być ładne i trzymać nogę na nogę, bo taka postawa przydaje szyku. Tak jak kolorowe paznokcie. Potem są to jeszcze nienaganna figura, lśniące włosy, koniecznie do pasa, białe zęby (ile pieniędzy poszło z pianą past , po których powinny nam one nie tylko fluoresencyjnie świecić, ale przy okazji pomóc ułożyć sobie życie. Żadna z nas nie jest idiotką przecież i wie, że jak się ma ładne zęby, to mąż też będzie ładny. I dobry).

Jako że tak jak moje wypowiedzi ustne, pisemne też pląsają w plątaninie dygresji i tych miejsc, które nie noszą zaszczytnego miana „meritum”, drugą ręką macham od razu w stronę tych, którym piana, bynajmniej nie z pasty wybielającej, toczy się z ust, bo przecież ja się poruszam w jakiejś idiotycznej strefie stereotypów, ble, ble, ble.
No poruszam się, bo mnie to bawi, bo mi wolno i mnie stać. W naszej smutnej Polsce wlasne zdanie to jedyna rzecz, na którą mnie stać, także pławię się w tym przywileju.
A dodatkowo, też mnie to boli. Bo może feminizm przeraża, bo nie potrafimy go prawidłowo ubrać w słowa, mimo że studiujemy na co dzień nauki gender?

A taka banalna kwestia, jak ta, którą teraz poruszyłam, to jest właśnie kwestia tego znienawidzonego słowa. Bo feminizm to umiłowanie wolności.

I nie trzeba od razu wycierać sobie buzi głośnymi sloganami o równouprawnieniu nawet w toaletach, o parytecie i innych dużych słowach, które noszą krawaty i błyszczące buty do garniaka, które tak rzadko są dobrze dobrane.
Można się zatrzymać na chwilę i popatrzeć to tu, to tam. Kobiety podzielono teraz na pięć podstawowych grup (rzecz jasna, miały w tym udział i one)

- Miłośniczki Zdrowego Żywienia, czyli wiecznie na diecie, wiecznie niezadowolone, z kalkulatorami kalorii w oczach. No szczupłe są, chudziutkie, to do nich są skierowane linie ubrań, to dla nich wymyślono chudziutkie ubrania, które podkreślają kształty dziewcząt, którymi są. Są śliczne, bardzo często. Ale spojrzenia mają nieładne, pogardliwe, albo smutne, bo jak nic nie można jeść, to się jednak traci energię.

-Wielbicielki Fitness, dla których Jezus objawił się na nowo w skórze Ewy Chodakowskiej lub innej, która obiecuje pot, krew i łzy, zmianę figury, no i zmianę życia w ogóle, to przecież logiczne, że jedno z drugim idzie w parze. Kobiety z końskiem ogonem na czubku głowy, kolorowymi adidasami i stylem „na sportowo”, które starają się przekonać wszystkich wokół o tym, że puszczenie pawia po treningu jest super, bo to jest jak przekraczanie swoich granic i „warto, naprawdę warto, zabrać się za siebie, bo zmieniasz swoje życie wtedy”.

- Kobiety Twórcze, które interesują się wszystkim. Mają pasję, lubią czytać, ale tylko profesjonalną literaturę, Balzaka, albo w wersjii bardziej postmodernistycznej Żulczyka po polsku. Obowiązkowo mają karnety stałego bywalca teatrów. Idealne do wyrwania na wino i płomienie świec i inne tego typu bzdety. Uwielbiają narzekać na powszedniość dnia codziennego i nadużywać słów, których znaczenia cieżko się domyślić. Wysublimowana forma Feministek, która o dziwo, nie śmierdzi kotem. Ale i tak płacze wieczorami, bo jakiś palant, którego ona zamierzała uwieść miał czelność przelecieć panienkę, która nie wie, kim był Derrida.

-Feministki.
No sami wiecie.

- Cała Reszta, a jest ich mnóstwo. Te z nadwagą i bez, z tłustymi włosami i bez. Nastolatki, te bardziej dojrzałe, te „jestem na diecie od poniedziałku” i „zaczynam biegać w przyszłym tygodniu”. Histeryczki i wyluzowane, urządzające burdy za Jego spóźnienia, trzaskające drzwiami. Nudne, bo nie należą do żadnej wyodrębnionej grupy. Zatracają się w związku, nie mają własnego zdania, beznadziejnie samotne singielki... I tak dalej.

Dobrze byłoby dla kobiet przestać starać się zaspokoić jakieś niewypowiedziane przez nikogo żądania. Że masz być fit, masz się zdrowo odżywiać, zero chleba, anoreksja w łagodnym etapie jest nawet dla Ciebie korzystna, jak Ci źle, to potrenuj albo zjedz całą czekoladę i wiadro lodów, to takie kobiece. Bądź zawsze elegancka, ale uwielbiaj też wędrówki w deszczu i błocie. Noś szpilki, ale miej zawsze w pogotowiu dres. Nie przeklinaj, bo jesteś kobietą, nie wypada, ale zaklnij porządnie, kiedy się wkurwisz, znaczy, że masz jaja. Pij wino, ale bądź też pierwsza do picia wódki, bo taka z Ciebie fajna laska. Kochaj kupować buty, ale oszczędnie zarządzaj finansami, na boga, masz być żoną.

Z biegiem czasu dochodzę do wniosku, że tak długo, jak długo kobiety będą antyfeministyczne w stosunku do samych siebie i dopóty, dopóki nie zburzą tych wszystkich klatek, faceci nie zrozumieją, czym jest mądry feminizm.
Wolnością wyboru. Odwagą w byciu tak wolną, jak tego chcesz i potrzebujesz.

Jak nie lubisz oglądać mądrych filmów, to nie oglądaj, ale się nie zasłaniaj tym, że kobiety lubią komedie romantyczne, bo to jest chuj, nie argument.

Kobiety, dar bogów, najwyższa rozkosz fizyczna i psychiczna od wieków.
Przestańcie pierdolić, bo aż głowa boli.

piątek, 24 maja 2013

jestem zmęczona.

jestem zmęczona tym, że wszyscy są mądrzejsi ode mnie i takie prawo sobie uzurpują w związku z tym, że są starsi niż ja o jakieś głupie 2, czy 3 lata.

jestem zmęczona tym, że żyję w sieci przepisów, które są tak skonstruowane, że obowiązki nie równają się prawom, bo jak zero można przyrównać do miliona?

jestem zmęczona pierdoleniem zewsząd o tym, co muszę mieć, co muszę kupić i co muszę zobaczyć i przeżyć. Jak będę chciala, to będę widziała tylko koniec własnego nosa i czasem sobie zerknę w lustro, czy mój tyłek wygląda tak oszałamiająco, jak zwykle.

jestem zmęczona pseudointeligentami, którzy czują misję dlatego, że mają mózg i go używają i dlatego nie zamykają im się usta, a przychodzą do domu i płaczą tak samo jak inni, bo nie wiedzą, co robić ze swoim życiem.

jestem zmęczona niedocenianiem mojej pracy i tego co robię. jestem zmęczona komentarzami w stylu "jak ci się nie podoba". Nie, mi się podoba, tylko Twoja twarz mi się nie podoba naprzeciwko mojej.

jestem zmęczona tym, że muszę patrzeć na pewnych ludzi, kiedy z nimi rozmawiam, bo wtedy nie potrafię sobie przestać wyobrażać, że ich twarz jest zasłonięta łopatą, której trzonek trzymam ja.

jestem zmęczona tym, że osoby po 3 roku studiów myślą, że mogą innych poprawiać. jestem zmęczona tym, że ludzie robią kardynalne błędy gramatyczne, ale w życiu nie poniżę się do tego, żeby kogoś poprawiać na głos, bo w myślach robię to cały czas, tak mnie nauczyła moja matka i tego się bedę trzymać, bo lubię sobie wyobrażać, że jestem kulturalna, a nie bezczelna i chamska.

jestem zmęczona kobietami, które błaźnią mnie, bo nie wiedzą co to znaczy feminizm i zawsze za siebie płacą w knajpie. Jestem zmęczona tymi, które mówią, że nigdy nie wykorzystałyby ciałą jako narzędzia, bo cnota jest tylko kwestią ceny.

jestem zmęczona mówieniem, że wszyscy są równi, bo nie są, takie słowo jak równość jest bezzasadne i głupie, bo jestem milion razy lepsza niż żule, które stoją pod moją klatką.

jestem zmęczona mówieniem, że przeklinanie jest okropne i niegodne kobiety, bo niegodne człowieka jest pierdolić głupoty, więc chylę czoła.

jestem zmęczona mówieniem mi, że mam nie narzekać, bo jeśli będę chciała, to będę tak robić.

jestem zmęczona lesbijskimi motywami w filmach, które mają poruszyć  najciemniejsze pokłady mojej duszy, a powodują, że patrzę na obce biusty, które są bardzo ładne.

jestem zmęczona poważnymi kryzysami, wiarą, jakąkolwiek, bo jestem uczulona na brednie i chodzenie po wodzie.

jestem zmęczona tym, że jeśli zrobiłeś co do Ciebie należy, musisz siedzieć i udawać, że coś robisz.

jestem zmęczona prowadzeniem przypadkowych rozmów z przypadkowymi ludźmi, na których mi nie zależy i których mam w dupie.

jestem zmęczona, ale wstanę jutro i to wszystko będzie tylko wkurwiać.

niedziela, 17 marca 2013

ołkej, no to start.
to był dzień, kiedy udało mi się wyrwać z roboty wcześniej. stoję na tym wypizdowie, ale w związku z wcześniejszym wyjściem, pan autobus nawet się nie spóźnił.

Wchodzę, jadę, 3 przystanek, patrzę, wchodzi idiota, którego znam i podchodzi do mnie, o nie, nici ze słuchania muzyki, chuj bombki strzelił.

no hej, hej, zostaję wciągnięta w wir gównianej rozmowy o niczym, która sie ciągnie i ciągnie.

no future.
praca - nie podoba mi się, chujowa, od 4 lat tak robię.
nie opłaca się zabierać dupeczki do kina, bo bilet, bo coś tam, lepiej zabrać na chatę.
nie, nie kojarzę tych zespołów o których mówisz, wiesz, ja słucham tylko rapu, dziwne to jest dla mnie jak ludzie słuchają takich różnych gatunków, powinni się jednego trzymać jak ja, ja słucham rapu lat 15 nazad i cały czas słucham i to jest najlepsza muzyka dla mnie i innej nie słucham.

nie, nie myślę, żeby zmienić pracę, bo mam chujowe wykształcenie.

no totalnie, mój rozjebany mózg leży na posadzce busa numer czternasty, na gąsienicy, która jest pośrodku.
ukrzyżowane zostaje poczucie smaku, bo tępota z tych słów taka, że aż mi zimno.

ja nie wiem, czy w innej części świata jest mniej chujowo?
ja też mam swoje głupie nawyki i czasem moja intonacja doprowadza innych do białej gorączki, ale nie jestem głupia, tak myślę.
taką mam nadzieję.

kiedy byłam mała, chciałam w wieku 23 lat mieć już wszystko poukładane. Ćhłopaka, pracę, kasę, własne mieszkanie.

kiedy byłam troche starsza, w wieku 23 lat chciałam mieć wszystko w miarę ogarnięte.
4 rok studiów, mieszkanie jeszcze u rodziców, ale niedługo.

Kiedy mam 23 lata, to patrzę na to życie i nie wiem, czy mam się śmiać, czy wkurwiać?

chcę po swojemu, dla siebie pracować, nigdy juz dla nikogo. i zrobię to, tak mi dopomóż ja sama.


sobota, 23 lutego 2013

Każdy pamięta scenę z dnia świra, kiedy Kondrat odbiera wypłatę, pompatyczna muzyczka w tle, stos pretensji do kraju, w którym przyszło żyć i wypłata, której wysokość sprawia, że 10 każdego miesiąca to Ogólnokrajowy Dzień Demotywacji.

Nie ma żadnej fanfarów. Orkiestry. Harmonijki chociaż.
Nie, jest ciszy szept pracującego kompa, moje zmęczone palce nad klawiaturą, wstukałam już login, hasło i ładuje się strona mojego internetowego banku.
I jakbym dostała w ryj.

Miesiąc wstawania o 5:50, wytrzymywania pojebanych ludzi i jeszcze bardziej jebniętych decyzji, funkcjonowanie w przestrzeni paranoi przez 8 godzin dziennie, wykształcenie, jednak wyższe, tłumaczenie na dwa języki, i naprawdę, no kurwa, mam kilka innych zalet oprócz świetnego tyłka, serio.

No nie. mój czas, jako osoby pracującej, marnowany na miliony sposobów przez pracodawcę, ma wartość tak niską, że nie wiem, czy ma mi być wstyd za niego, że jest chujem, czy za siebie, że się nie odważyłam cenić wyżej.
To zabawne, żałosne, smutne i szare, że mając 22 lata, boję się jak chuj kazać innym, żeby szanowali i mnie, i moje zdolności, które oddaję w pocie czoła.
"Zmień pracę", "Pierdol to", "Nie przejmuj się", "Wszędzie tak jest" - 4/10 nowego, jebanego dekalogu zatrudnionych.

Nie lubię pierdolenia, które niczego nie wnosi i nie przynosi, a sama robię to coraz cześciej, boję się czasem, że pierdolenie innych ludzi przejdzie mi przez skórę i stanę się taka sama. Rozgoryczona, bez życia, bez perspektyw i marzeń. Będę narzekać na wszystko, od cen jajek począwszy, a cen domów skonczywszy. Bo wtedy rozmawia się już tylko o pieniądzach, o wydatkach, o tym czego chcemy, a nie mamy kasy, o tym co kupiliśmy, a mogliśmy nie kupować, bo jest chujowe, bo mało kosztowało, trzeba było kupić droższe, ale za co, no przecież nawet jajka są takie drogie...

Nie, dość. Nie będzie tak. Przyjdzie ten dzień, kiedy złożę wypowiedzenie i wyjadę, żeby nauczyć się patrzeć. To będzie piękny dzień.
I już nigdy nie usłyszę "Ola, jak ja zaczęłam tutaj pracować, to zarabiałam tyle, że było mnie ledwo stać na benzynę do i z pracy".

NO KURWA!
Też mi przykro, że nigdy nie doceni cię szef, bo jego też męczy pierdolenie, ale z drugiej strony nie zrezygnuje z darmowej służącej, sekretarki i fanki, pod pseudonimem "Kierownik".
Przykro mi, że nie masz skończonych studiów, bo byłaś jebanym leniem i nie napisałaś pracy.
Oraz przykro mi, że dajesz się ruchać na milion sposobów, a w ręce zostaje ci tylko żal i resztki dumy, pomieszane ze strzępkami "niby-życia".

Nie, nie jest mi przykro.

głupota wywołuje politowanie, a nie współczucie, które też należy do uczuć niższej półki, jak i litość.

Żryj gruz.

piątek, 15 lutego 2013

"Pracuję na stałe od 18 roku życia. a nawet wcześniej i w całej karierze zawodowej nie miałam ani jednego dnia L4".

Spokojnie, oddychaj przez nos.
Przez usta.
Mogę spróbować nawet przez pachę, jeśli mi to pomoże się opanować.

Po pierwsze: jaka kariera zawodowa? Jesu, jak ktoś ma 28 lat i całym jego dobytkiem zawodowym jest: trochę delegacji,
kot, że tak powiem, w pustym mieszkaniu (tak, ja też lubię Szymborską, a jakże),
problemy psychiczne związane z nieuleczalnym syndromem bycia podwładną, to znaczy: napady histerii typu "nic mi nie wychodzi, jestem chujowa" (z tym drugim to się zgodzę w stu procentach), niemożność zaprzestania ciągłego biegu - obojętne, czy się idzie zrobić kupę, czy na audiencję do Wszechwładnego, mylne wrażenie, że potrafi się wszystko załatwić i wszyscy słuchają tego co się do nich mówi.
Zawsze sobie wyobrażam, że ona faktycznie ma orgazm, kiedy szef z nią rozmawia, a kiedy ją pochwali, to ma hiperwentylację. Ale, ale, nie ma bata, żeby zemdlała, czy coś, nie, nie, stoi przy tym swoim biurku, z obłędem w oczach, ręce na biodrach, olbrzymi biust do przodu, cała jest w takiej gotowości i dumie i świetle skąpana, że gdybym wierzyła w boga, byłaby stiuningowaną maryją, ale tematy superbohaterów to bardziej mój klimat, więc wydaje mi się, że za plecami powiewa jej swobodnie pelerynka supermana.

Z jednej strony bywa, że jest mi jej żal. No bo tak: brak przyjaciół, brak faceta (nie mam w sumie na myśli chłopaka, męża, czy narzeczonego. po prostu kogoś, kto co jakiś czas, czasem częściej, a czasem rzadziej jest w twoim życiu i jest Ci z nim dobrze. Ktoś bliski), poważnie chory ojciec (chory nie chory, jak ostatnio jej delikatnie przez telefon zarzucił, że czegoś tam nie dopilnowała, to ten obłęd dopełnił się jeszcze o jakiś taki histeryczny wrzask), brzydki kolor włosów...
Nie, głównie ta samotność. Porażająco duża. Smutna. Wszelkie przestrzenie, które normalni ludzie po pracy zapełniają najróżniejszymi rzeczami, nie wiem, sportem, książkami, cerowaniem, piciem piwa z kumplami, uczeniem się, są  u niej ściśle zapełnione... pracą. Popierdolone, wielkie koło młyńskie, w którym codzienność musi przytłaczać tak, że nawet nie chcę o tym myśleć.

W takich momentach próbuję z nią nawet pogadać, ale jakoś tak zawsze już po pięciu minutach mnie wkurwia. 

poniedziałek, 11 lutego 2013

No tak. Ten dzień musiał kiedyś nadejść i nadszedł. 
Moja wewnętrzna frustracja, spowodowana upadkiem młodzieńczych marzeń, powoli się przelewa po brzegach ust i pucharu i na Boga, znowu mam upierdolone spodnie.

Założyłam sobie tego nowiutkiego bloga z niebanalnej okazji - będę sobie tutaj urządzać swoisty voyage po mojej wyboistej ścieżce zawodowej, na której nawet jezus w dzień swojego zmartwychwstania poharatałby sobie nie tylko stopy, a nawet dobre chęci i miłość bliźniego (swojej do niego, w sensie).
Nawet wybrałam sobie szablon "Podróże" na początku, ale był tak chujowy, że musiałam go zmienić na "Prosty".

Prosty szablon, proste życie, pobudka 5.50 (a tak naprawdę 5:48, bo od jakichś 3 miesięcy źle mi chodzi zegarek, a lubię mieć ten minimalny zapas czasu, chociaż i tak NIGDY, ale to NIGDY się nie spóźniam. Paranoja, bo nie cierpię czekać), zbieram szmaty z podłogi, żeby je na siebie nawlec, myję zęby i z reguły wtedy drapię się po tyłku, w tym samym czasie rzecz jasna, bo lubię rozwijać swoją podzielność uwagi, która pozwala mi na wyobrażanie sobie, jak karzę moją przełożoną, za to, że jest totalną idiotką i zamiast "w ciągu" mówi "w przeciągu" (DO CHUJA! w przeciągu się stoi i się można przeziębić, a coś się dzieje w ciągu...), w tym samym czasie, kiedy z nią rozmawiam w pracy o pierdołach. W sumie, mogłabym z nią nie rozmawiać wcale, ale moja nieumiejętność trzymania pyska na kłódkę mi na to nie pozwala. 
Po umyciu zębów biorę tę zabawną siatkę z H&M (która ma rozmiar stworzony do tego, żeby ją nosić do roboty - możecie spytać co drugą babkę, która razem ze mną podróżuje do pracy koleją), której nadruki zmieniają się w zależności od pory roku, pakuję tam prowiant na kolejny dzień survivalu, wkładam buty, zakładam kurtkę, słuchawki i idę. I tak, lubię rihannę i słucham jej często w drodze do pracy.

Ciemno jak w dupie, no bo jest zima, jak wracam jest podobnie, zabawne, czasem mam wrażenie, że moja czasoprzestrzeń zagięła się w jakiś dziwny sposób i ciągle przebywam w dupie.

Przystanek kolejki podmiejskiej o uroczej nazwie "Flirt" (no na bank, o tej porze wszyscy myślą tylko o tym, żeby poflirtować, przez te niecałe 30 min, które zabiera trasa dom - nie-dom. Okoliczności są dodatkowo niesprzyjające, bo połowa pasażerów śpi i nawet jeśli mają na sobie markowe ciuchy i dobry telefon, to z twarzą przyklejoną do szyby wyglądają jak żule pierwszego sortu) znajduje się jakieś 10 minut od mojego domu, ale, oczywiście, wychodzę za wcześnie i czekam jak debil, jest 6:17, a pociąg w łaskawości swojej nadjedzie o 6:23.

Okej, mam szczęście, jedzie. Bywa, że Koleje Śląskie dadzą dupy i pociąg gubi się w pociągowej nibylandii, gdzie pewnie świetnie się bawi z innymi opóźnionymi kolejami, a wtedy czeka mnie przyspieszony spacer na przystanek, gdzie sobie spokojnie czekam na busa. W myślach kalkuluję, który to już raz płacę za dodatkowy bilet, bo przecież mam miesięczny tylko na kolej - na szczęście, jestem hardkorem i posługując się liniami MZK, posługuję się również biletami ulgowymi, które tak naprawdę już mi nie przysługują. Tak, tak. To był najsmutniejszy, bo ostatni, dzień mojego bycia gówniarą, kiedy to z uśmiechem na mojej ślicznej buzi poprosiłam o bilet i mój uśmiech wyparował, kiedy się zorientowałam, że "ulgowy" to już tylko nic nieznaczące kłamstwo, przynajmniej w moim wypadku.

I tak wysiadam na stacji, idę z tłumem w stronę drzwi wyjściowych dworca i wyruszam w 30-minutową podróż na nogach po tym brzydkim, smutnym, niedoszłym mieście ogrodów. Mijam bezdomnych i tych trochę domnych, którzy tak naprawdę wiecznie podróżują od monopolu do monopolu, uparcie szukając czegoś w kapslach od piwa, albo w denkach butelek po wódce. Mijam młode dziewczyny o chudych nogach i ślicznych twarzach, które nie wyglądają na szczęśliwe. Kobiety w średnim wieku, w nietwarzowych czapkach i szerokich spódnicach, które nie są ładne, tylko wygodne. Mężczyzn z neseserami, którzy myślą, że robią ważne rzeczy i bez nich te ważne rzeczy zgubiły by się gdzieś, niezrealizowane, w natłoku wiadomości zewsząd.
Kojarzę ich twarze i ruchy, chociaż w ogóle ich nie znam. Wiem, gdzie przystają na papierosa i że zawsze wyciągają rękę po "Metro", gazetę bez formy i treści, której nigdy nie biorę. 
Wszyscy idziemy tak szybko, źli na pogodę, bo zimno, bo ciepło, bo śmierdzi, bo pada, bo sypie. Patrzymy pod nogi, chociaż jak byliśmy mali, to wszyscy, bez wyjątku nie mogliśmy znieść tego wiecznego "patrz pod nogi" i przyrzekaliśmy sobie, że kiedyś, gdzieś, na pewno będziemy patrzeć wszędzie, tylko nie tam.

Mój boze, a potrafi być tak pięknie, nawet w tej industrialnej okolicy, kiedy słońce wychodzi powoli, kiedy niebo jest absolutnie niebieskie.

I tak sobie myślę o tych wszystkich pierdolnikach, czując się jak Świetlicki, albo Hłasko i wnet, już za moment dobywam z torby klucze do drzwi, długi do pierwszego zamka, średni do drugiego, najmniejszy już do biura.
Wypakowuję jedzenie, ogarniam po lekku kuchnię, robię kawę, siadam przed kompem (oh, oh, na pewno znajdę coś w internecie, co pozwoli mi nie zaczynać pracy przez jeszcze kwadrans, bo i tak jestem za wcześnie) i czekam.

Na to głośne, irytujące powitanie mojej przełożonej "Czeeeść! Jak tam?"

Srak-tam. Nie twoja sprawa.