czwartek, 8 stycznia 2015

never regret?


Never regret.

Każdy z nas zna tą zasadę, jest ona też głównym przykazaniem dla nastolatków po dwudziestce, należących do ery instagrama.  

Dlatego znajdują usprawiedliwienie na każdą okoliczność swojego zachowania (jednakowoż niepójście na zajęcia, bo “yolo” nie jest znowu jakimś wielkim machlojstwem, umówmy się).
Gorzej już wygląda 5 urlop na żądanie w ciągu jednego miesiąca, bo urobiłeś się jak świnia do tego stopnia, że każde łapanie pionu wiązało się z napadem kłoptliwych torsji i szczerą modlitwą skierowaną w okolice dywanu. Na kolanach.

Bardzo żałuję do dzisiaj, że nie kupiłam sobie opakowania na telefon wcześniej, a zrobiłam to dopiero wtedy, gdy mój telefon, w pijackim szale, przewrócił się i stłukł sobie trochę szybkę.
Do dzisiaj ma bana na picie, a do tego kupiłam mu najmniej męskie etui na świecie.

Również żałuję każdego razu, gdy nie kontrolowałam swoich wydatków i moje pieniądze szlajały się niczym ulicznice po czeluściach mojej torebki, albo, co gorsza, w mroku mojego miasta i jego asfaltowych dywanów.

Dalej żałuję też kupna butów, które to kupno miało miejsce rok temu, a buty rozjebały się od razu i były klejone sto razy, co nic nie dało i nadal przemakają, kiedy tylko pomyślę o deszczu, nie mówiąc o faktycznych opadach.

Do dzisiaj żałuję też wszystkich pieniędzy, które wydałam na ciuchy, których cena w sklepach nigdy nie jest adekwatna do jakości, a teraz gniją w szafie, bo nie znałam wtedy zasady “trzymaj na wodze namiętności, jeśli ich obiekt nie ma układu nerwowego”.

A co z tą zasadą, jeżeli chodzi o rzeczy poważne?
Czy naprawdę, Twoja własna chęć zrobienia czegoś usprawiedliwia Twoje idiotyczne zachowanie? Bo w tym momencie było to właśnie to, czego chciałeś?

Nie usprawiedliwia, w żadnym wypadku.

Ale któż by o to dbał.

Więc, Koty, pamiętajcie: róbcie co chcecie, ale zawsze ponoście odpowiedzialność za to, co robicie: nocne telefony do nieodpowiednich osób, i z nimi kontakty, złe decyzje ogółem, wszelkie poważne najebundy, ranienie kogoś, kłamstwo.
To wszystko w Tobie jest, nie musisz tego żałować, to nic nie da.

Możesz za to zmienić trochę zasadę i iść według takiej:

“Never regret but face that shit”.

zdjęcie: via Pinterest

środa, 7 stycznia 2015

Be proud.


I przyszedł Pan i uczynił Internet, i informacja stała się powszechną.
I przyszli ludzie, uczynili hejt i nanieśli kupę gówna.


Hejterów zna każdy - to ludzie, którzy nie mają życia prywatnego, albo mają je nieudane, uwielbiają dłubać w nosie i szkolić sie w bluzganiu wszystkiego, co jest im obce.
Przejmowanie się nimi, jest jak przejmowanie się tym, że obsrał Cię ptak w czasie porannej przebieżki. Nevermind.
Dlatego, nie poświęcę im ani jednego słowa więcej i przejdę do wyższego levelu hejtu:


Ludzie, którzy najeżdżają na hejterów i hejtują “poważniejsze rzeczy”.


To ci, którzy zarabiają na “konstruktywnej krytyce rzeczywistości”, czyli najczęściej są to blogerzy, których liczba wyswietleń jest równa populacji Azji. Albo celebryci. Albo redaktorzy lewackich portali informacyjnych.


Nic im się nie podoba, a jeżeli coś się podoba, to jest to modne, drogie i dizajnerskie, i dostali to w prezencie od jakiejś firmy celem przetestowania.


Nie lubią Polaków, bo jesteśmy wieśniakami, narzekamy, upijamy się denaturatem, nie potrafimy zliczyć głosów w czasie wyborów (naprawdę myślisz, że to prawda i to kwestia LI TYLKO POMYŁKI?), co drugie słowo mówimy kurwa, kręcimy beznadziejne filmy, nawet nasi celebryci noszą podróbki.
Robimy wiochę w każdym możliwym miejscu na ziemi, nosząc białe kozaki, słuchając disko-polo, ze skarpet, które nosimy do sandałów, wychodzi nam siano.


Jeżeli lajkujesz te ich statusy, jeżeli uważasz, że Polska jest Radomiem Europy, jeżeli przeżywasz wysokość kary, jaką zapłacisz w Pendolino przez dłużej niż 10 minut - nakręcasz spiralę nienawiści Polaków do siebie samych.


Napluj im w twarz, nie mają racji.


To ci, którzy uważają, że kwestia pochylenia się nad spaloną kolejny raz tęcza na placu Zbawiciela jest konieczna, bo w ten sposób bronią demokracji, systemu, który jest tak samo dupiaty jak totalitaryzm i faszyzm. Piszą potem wzruszająco o wolności, o unii narodów, o ideach, gejach i udostępnieniami naprawiają świat, siedząc przed kompem i sącząc jakiś napój.


Napluj im w twarz i czuj się z tym dobrze.


Mają się za inteligentów, o wyrobionych poglądach, którzy tak naprawdę poruszają się w strefie komfortu i nie ruszają się z niej ani na krok. Prowadzą niestandardowy w ich mniemaniu tryb życia, bo jest to życie świadome. Świadomość tutaj to bycie lewakiem, głębokie zrozumienie dla środowisk alternatywnych, czyli ludzi żyjących na kocią łapę na przykład. Dołóżmy do tego zdrową dietę, nienawiść do katoli, uwielbienie luksusu, pieniądza i wizyty w modnych restauracjach. I miliony własnych fotek na swoich internetowych profilach. Aha! I dbanie o siebie, żeby nie wyglądać jak Polak.


Napluj im w twarz i nie bądź taki jak oni.


Tak mnie natchnęło, kiedy przeczytałam o KL Warschau.
Powstał decyzją Himmlera w 1942 roku i zniknął w momencie wybuchu Powstania Warszawskiego.
Poczytasz też?

zdjęcie: via Pinterest




niedziela, 4 stycznia 2015

Nie wolno.


3,2,1… start.

Nowy Rok. To te ostatnie dni nałogowego palenia i picia oraz, oczywiste, jedzenia słodyczy. To zakup nowego kalendarza, w który zamierza się wpisywać same ważne rzeczy, tj. plan na życie, listy zdrowych zakupów, premiery ambitnych fimów, spektakli i książek, a kończy się, zwyczajowo i tradycyjnie, na bazgraniu kwiatków i pindoli, jak w podstawówce.

Na tym tle, pachnącym jeszcze kacem mordercą (którego łaskawy los oszczędził mi tego roku), tradycyjnym szałotem i leniwym zgonowaniu w pojedynkę, bądź podwójkę, roztaczam przed Wami nowiutką noteczkę.

Żądza.

Pamiętacie, jak za gnoja rodzice mówili, że czegoś nie wolno? Na przykład siadać na zimnym, bo Cię dopadnie wilk, albo jeść słodyczy w nocy, bo będzie bolał Cię brzuch. I pożądałam wtedy tego skrycie, żeby o północy, z ustami pełnymi czekoladowych lentilków, siedzieć na schodach i delektować się tym, czego mi nie wolno.
Teraz mogę tak robić, ale już mi się nie chce.

Żądać można wielu rzeczy, począwszy od zwrotu pieniędzy, po bilet na koncert nieżyjącego już artysty.
Jednakowoż, najbardziej dojmującą i niszczącą żądzą jest ta, która obejmuje cudze ciało i myśli. Irracjonalna, niszcząca, fizycznie boląca ochota.

Taka, która wyciągnie Cię z łóżka nad ranem, bo ktoś napisał, ta, która będzie kazała Ci zarwać noc, bo w zasadzie świat mógłby skończyć się teraz, nie ma to większego znaczenia, skoro i tak nie wiadomo, czy kiedykolwiek jeszcze się spotkacie?

I skoro już mam zdanie na każdy temat, to mam również na ten.
Nikt Wam nie powie, że to wolno. Bo nie wolno, bo się szanuj, bo nic z tego nie będzie, bo po co Ci to, bo przecież jesteś szczęśliwa ogólnie, po co to psuć.

Będziecie płakać, bo rzadko kiedy wychodzi z tego coś dobrego. Sama zresztą przyznaję, że mało logiczne wydaje się planowanie jakichkolwiek długotrwałych relacji z kimś, kto ma ochotę widzieć Cię li tylko w środku nocy bez ubrania. Do ślubnego kobierca jednak leziesz w kiecce i za dnia, a welon jest DOWODEM na niezbrukaną niewinność.

Będziecie robić z siebie idiotki, pojawiając się na każde pstryknięcie, bo pragnienie jest większe niż to, które dopada człowieka po całej nocy picia wódki w fazach: drink, szoty, z gwinta. Nie będzie też generalnie czasu na zastanawianie się, czy warto, ani na analizę, czy mu zależy, zresztą oba pytania są retoryczne i odpowiedź brzmi: nie.
Co ja mogę Wam powiedzieć, Kotałki.

Pamiętajcie o kilku rzeczach:
Jeżeli jest zima, weźcie czapkę i szalik, jak już będziecie wychodzić.
I rękawiczki.

I nie mylcie tego z miłością.
Żądza to piękne słowo również.

zdjęcie: via Pinterest



wtorek, 30 grudnia 2014

Dziewczyna z poliestru.


Wiecie, Koteczki, miałam taki plan swojego czasu, żeby uderzyć z tym blogaskiem z pełną mocą w Internet i podzielić się moją osobliwą ewangelią z całym światem, który zna takie litery jak “ą”, czy “ę”.

Porzuciłam jednak ten pomysł, dobrze mi tutaj, w tym małym zakątku internetu, w którym mam kilka swoich rzeczy, żadnej z nich się nie wstydzę, ani nie chciałabym zmienić. Czytują mnie osoby, które mnie znają i nie, wszyscy bądźcie błogosławieni, jestem, jak zawsze, zaszczycona i zachwycona uwagą, którą ktoś mi poświęca, a to nawet nie dlatego, że jestem ładna, tylko dlatego, że mówię.

Mnie poświęca.
Dziewczynie z poliestru.

Królowej cyganów, dla której ubrania bez świecących elementów to tylko strój roboczy, a buty bez brzęczących sprzączek to tylko lacie.

Tej, która zawsze przeklina i mówi o wiele za głośno, również w miejscach publicznych, typu kino, czy przestrzeń komunikacji wszelakiej.

Tej, która wykazuje dość spore nieumiarkowanie w piciu alkoholowych napojów, jak również  nieumiarkowanie w podwyższaniu sobie ciśnienia rzeczami, które bolą, przerażają, a swoim absurdem również śmieszą.

Księżnej kierownicy, która dalej nie umie nalać sobie płynu do spryskiwaczy, a zabawa robi się poważniejsza, no bo zima w końcu.

Świetnej kucharce, która w dalszym ciągu nie umie czytać ze zrozumieniem przepisów, a której indywidualne włajaże kulinarne wciąż i wciąż rozczarowują. Oczywiście, nie mnie, tylko osoby, które tych efektów próbują.
Ale idzie ku lepszemu, mam już kilku fanów moich wegańskich wyczynów - właśnie Wam tutaj macham.

Kobiecie nieporadnej, która gubi wszystko, łącznie z wątkiem.

Oddanej fance Freddiego Mercurego, Michaela Jacksona, Bogusława Lindy, masła orzechowego, fasoli w każdej postaci, Psów Pasikowskiego, świątecznego oświetlenia ulic, starych, kwadratowych wehikułów na kołach, cmentarzy i bransoletek.

Nałogowej kolekcjonerce tatuaży, pięknych ludzi, imprez na świeżym powietrzu, magicznych rozmów rankiem, południem, wieczorem i w środku nocy.

Często z różnych spotkań, słów, czy sytuacji wykluwają się w mojej głowie pomysły na noteczki, które potem urzeczywistniam już w formie pisanej. Coś dodaję, coś poprawiam, albo maluję w gorszych barwach. Czasem pozostawiam tak, jak jest. W każdej jestem ja.

I ja Wam wszystkim bardzo dziękuję, z głębi mojego czarnego serca, za Waszą tutaj obecność.

Jednakowoż, pamiętajcie, że jeśli słowa innych stają się dla Was lustrem, to kwestia Waszej optyki, nie cudzej.
To, co Ciebie boli w Twoim człowieku, jest twoim bólem i ten na zawsze pozostanie schowany, chyba że zaczniesz go kochać (nie polecam), albo przekształcisz go w coś innego i lepszego (polecam).

To chyba  tak naprawdę nie słowa bolą, a obrazy które tworzą. A obrazy malujemy sami.

Melancholijnie, bo jest Wigilia Ostatniego Dnia Roku. Partujcie jutro hardo, albo po lekku!

zdjęcie: via Pinterest





poniedziałek, 29 grudnia 2014

Przejażdżka - już po, jeszcze przed.



Poważnie się zrobiło Kotałki, bo przyszedł wreszcie On.
Koniec świąt.


Można je było spędzić przeróżnie: jedząc, jedząc, albo jedząc.
Niektórzy chorowali, albo symulowali niemożność wyjścia z łóżka, tak, żeby móc leżeć. Bezwstydnie, w pełnym wymiarze godzin.
Inni jeszcze, z otwartymi ramionami przyjęli w swoje ramiona alkohol i nie wypuszczali go z rąk od wigilii, żeby zapomnieć o traumie kupowania prezentów ludziom, których tak naprawdę nie znają (jak cioteczna siostra męża, albo żony) i o koszmarze wykonania tysiąca potraw, kiedy tak naprawdę, jedyne, co im wychodzi w kuchni, to rozlewanie i wrzucanie śmieci do kosza.


Niektórzy, wybrali urlop w takich dniach, że zagięli czasoprzestrzeń - z dwóch dni świąt zrobiło się 2 tygodnie wolnego.


Ja przyszłam dziś do pracy i, jak co poniedziałek (bądź inny dzień tygodnia), wyruszyłam na przejażdżkę po internecie.


“(...) Dwa podkłady, o których będzie głośno w 2015 roku”


W sumie, no comment, ale nie mogę się powstrzymać, wyobrażam sobie jeden z nich na gali rozdania nagród, w jakimś niebanalnym stroju, kiedy stoi na podium ze statuetką (której nie trzyma, bo nie ma rąk) i dziękuje swoim rodzicom.


“Plaga plastikowych studentów”


Że niby tyle nas, młodych Polaków, zapisuje się na studia, żeby mieć zniżki.
W ogóle się nie dziwię, nigdy nie zapomnę tego bólu, który rozlał się we mnie na wieść, że nie przysługuje mi już zniżka. Od tego czasu wzrosło moje jeżdżenie na gapę, jak zwykle, do kolejnego mandatu i teraz grzeczniutko kupuję.
Ulgowy, bo młodo wyglądam.


“Niektóre kobiety żyją z ADHD i nawet o tym nie wiedzą”


Nie ma żadnego przekonywującego mnie potwierdzenia, że ta choroba istnieje, więc tym kobietom również w ogóle się nie dziwię.

Przeczytałam jeden artykuł o ADHD u dorosłych, zauważyłam u siebie większość symptomów i zaczęłam płakać
S.Gonzalez, za: Zobacz sam/a!


Słowa mają ogromną siłę, ciekawe czy wiedział o tym autor artykułu, który przeczytała p. Gonzalez. Ciekawe, czy wie, ile kobiet płakało.


W obliczu tych wszystkich rewelacji, jak zwykle, uspokaja mnie wpis z bloga córki nie-premiera.
Bo okres między świętami, a Sylwestrem, to magiczny czas.
Szczególnie dla nas, kobiet, bo zaczynają się przeceny.


Macham do Was Kotałki, zza okularów.
Pamiętajcie, że każdy dzień oddala Was od znalezienia super okazji w jakimś marketo-kołchozie.

zdjęcie: via Pinterest

niedziela, 28 grudnia 2014

To nie miłość, ej.



Miłość.

Pojawia się w różnym wieku, najczęściej w przedszkolu, w przerwach między śniadaniem, a leżakowaniem, a kształt jej wtedy jest zawsze ten sam: ciągnięcie za włosy i podstawianie haka (panowie) i ukradkowe spojrzenia zza ramion koleżanek, połączone z chichotem (panie).

Potem zakochujesz się w aktorach, kolegach Brata, Siostry, kolegach z wyższej klasy, piosenkarzach, postaciach z książek. Jest to miłość prawdziwa, piękna, wysoka, i oczywiście, niespełniona, z uwagi na bariery geograficzne, wiekowe, czy ontologiczne (trudno umówić się na randkę z Harrym Potterem, niestety).

Następnie, jak chyba co druga kobieta na świecie, trafiasz na kogoś, kto mąci Ci w głowie, takie mam ostatnio wrażenie.

Jest nieodpowiedzialny, spóźnia się, albo nie przychodzi wcale i tak naprawdę robi Ci łaskę, że poświęca Ci swój czas, no ale jak potulny piesek cieszysz się z każdego ochłapu, bo zaproponował TOBIE pójście na piwo, imprezę, koncert, abo po głupie zakupy.

Uważasz, że jego lekki nieogar i chamskie odzywki są tak naprawdę magiczne, a Ty, niczym Wonder Woman, zakradasz się pod jego skorupę i znasz go lepiej, bo przy Tobie potrafi być inny.

Zostawia Cię na środku imprezy, spotkania, czegokolwiek, albo każe Ci iść samej, w mrozie, deszczu, wracasz do domu, siąpiąc nosem. Obiecujesz sobie, że to ostatni raz, ale on pojawia się następnego dnia, ze łzami w oczach i mówi Ci, że Cię kocha, ale nie potrafi inaczej, a Ty, jak niedorobiona Samarytanka, znowu się zgadzasz.


Nie pamięta o Twoich urodzinach, albo pamięta, ale nie daje Ci nawet złamanego kwiatka, strofuje Cię za to, jak sie odzywasz, myślisz i chodzisz, poniża Cię przy innych, delikatnym wbiciem kilku szpilek.
Nie dziękuje Ci za nic, co dla niego robisz, no bo to przecież naturalne, nie musi.
Sama chciałaś, nikt Ci nie kazał piec dla niego ciastek, ani robić mu swetra na drutach.

Czasem zdarzają się i ci, którzy serca mają pojemne i kochają wiele dziewcząt. Ciebie i inne.

To oni porzucają, nigdy my.
To oni czują się od nas lepsi, bo jakaś lasencja za nimi biega, ale on? On jest stworzony do rzeczy wielkich. Mimo tego, że sukcesów u niego ani widu, ani słychu - on jest lepszy.
To oni zostawiają nas bez słowa i nie odzywają się już nigdy.

To oni pozostają dla nas ideałem, bo “wiem, że mnie kochał, ale… Ale nie mógł”.

BULLSHIT!

Nie kochał Cię nigdy, tacy ludzie nigdy nie kochają, co jest ich wielką tragedią, ale nie musi być Twoją. 

WBIJ sobie to do głowy raz, a dobrze: jeżeli ktoś ma Cię w dupie, to Cię nie kocha. To takie proste.
 
Popraw włosy, uszminkuj usta, nalej sobie drinka, albo herbaty i kochaj.
Ale innych.

zdjęcie: via Pinterest

wtorek, 23 grudnia 2014

Przyzwyczajenie jako nowa ewolucja.



Koteczki, jak już wszyscy wiecie, moim ulubionym hobby jest wyśmiewanie głupot dnia codziennego i robienie sobie tatuaży, dlatego wychodzę naprzeciw wszystkim pytaniom krążącym po głowach tych z Was, którzy jesteście jeszcze prze dzierganiem, a które dotyczą tego,

“jak dbać o świeżo zrobiony tatuaż i jak się do niego przygotować?”

Aby Wam to jasno nakreślić, przedstawię wersję początkową- czyli moje zachowanie po 1 sesji w życiu i wersję mam wyjebane - czyli moje zachowanie trwające do dziś ( wczoraj miałam szczęście uczestniczyć w 13 sesji).

WERSJA POCZĄTKOWA:

Nie pijesz dzień przed tatuażem. Nawet na dwa dni przed, chociaż z nerwów masz ochotę wyrąbać pół litra czystej, zamiast jechać na zajęcia.
Nie myślisz o kwestii ubrania, i zakładasz ulubiony sweter celem podtrzymania się na duchu.
Po dziaraniu sweter śmierdzi strachem, potem i zdenerwowaniem, żal Ci go.

Czytasz ankietę, którą dostajesz od tatuatora na początku i bledniesz na myśl o brudnych rzeczach, które mogą dotykać Twojego dzieła sztuki ściągniętego z internetu i spowodować jakąś wirusową zapaść, nie mówiąc o zakażeniu żółtaczką.

Po tatuażu wracasz od razu do domu, mając minę osoby obłożnie chorej (mimo że tatuaż ma jakieś 4 cm średnicy), odpuszczasz sobie wszystkie możliwe aktywności, cały czas kursujesz między łazienką i łóżkiem, żeby sobie pooglądać, co masz na sobie nowego.

Na drugi dzień znowu zawijasz cudo w folię, bierzesz ze sobą szare mydło (do mycia), maść i wyruszasz do pracy/szkoły/na melinę.
Dziwi Cię, że nie wszyscy zauważają, że MASZ TATUAŻ W WIDOCZNYM MIEJSCU, wiec wiesz co to hardkor, dziwko.

Smarujesz tatuaż jakieś milion razy dziennie, aż do zagojenia. Nie ruszasz schodzącej skóry, no bo na pewno wtedy praca się zniszczy i zostaniesz z chujową częścią ciała do końca życia.

WERSJA MAM WYJEBANE:

Opcje są trzy - albo pijesz alkohol przed (no bo akurat była okazja), albo w trakcie (no bo Konwent), albo po (no bo boli). I naprawdę tak jest, że jak dużo pijesz, to krew bardziej leci.

Ubierasz te ubrania, których nie będzie Ci żal, ja jeszcze co prawda nie doszłam do levelu “ubieram dres”, ale myślę, że to kwestia czasu.

Bierzesz wolne w robocie, bo nie zdarza się, żeby skończyć go szybciej niż po 5 godzinach.

Nie dostajesz żadnego kwestionariusza, nie masz nawet kupionej maści, bo Ci się zapomniało, co gorsza, nie masz na sobie świeżo wypranego swetra, jednakowoż wizja żółtaczki niespecjalnie Cie przeraża, bo jeżeli miałbyś dostać, to dostałbyś jej już dawno temu.
Nie przeraża Cię też ból, puchnięcie ciała i gorączka np. tylko w ręce.

Wracasz do domu i najpóźniej dwie godziny po skończeniu wskakujesz pod prysznic. Motywujesz to chęcią umycia się, tak naprawdę nie możesz się doczekać, kiedy go zobaczysz bez folii.
Po myciu dajesz mu jakieś 3 h przesychania, nie smarujesz go od razu (to jest akurat bardzo dobra rada, Kotunie).

Sprzątasz, robisz sobie coś do jedzenia,  aż do momentu, kiedy ogarnia Cię słabość, którą tylko w 50% wiążesz z tatuażem.


Jak się goi, zaczynasz trochę skrobać, bo irytują Cię kawałki skóry, które walają się wszędzie.

Więc jak sami widzicie, wszystko jest kwestią przyzwyczajenia tak naprawdę, wiec kolorujcie się jak najwięcej i najczęściej, całuski!


zdjecie: via Pinterest